To może być najważniejszy list w Twoim życiu
Blog > Komentarze do wpisu
Byli więźniowie sumienia wspominają - cz. 1

W związku obchodami 25. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego, w tegorocznym Maratonie Pisania Listów postanowiliśmy odwołać się do losów byłych polskich więźniów sumienia. Przeprowadziliśmy wywiady z niektórymi z nich, pytając o ich wspomnienia i refleksje. Poniżej prezentujemy fragmenty rozmów z Mirosławem Chojeckim, Henrykiem Wujcem i Zbigniewem Romaszewskim.


Kiedy siedział Pan w więzieniu i za co?

Jacek Czaputowicz: To był rok 1986. W więzieniu zostałem osadzony za działalność w Ruchu Wolność i Pokój.

 

Mirosław Chojecki: Między 1976 a 1980 rokiem siedziałem w kryminale 44 razy. Nie zawsze długo (...) czasami jeden dzień, czasami 48 godzin, czasami także i dłużej.
Przyczyny, dla których mnie zatrzymywano, bywały różne.  Choć tak naprawdę przyczyna była jedna tzn. to, iż zajmowałem się rzeczami, których władze komunistyczne nie lubiły. A tymi rzeczami były: udział w Komitecie Obrony Robotników oraz podziemna, niezależna oficyna wydawnicza, którą prowadziłem.

Zatrzymywano mnie z różnych, często absurdalnych powodów. Na przykład dlatego, że byłem podobny do kogoś, kto ukradł koło, albo że doszły wiarygodne informacje do władz, iż - jako człowiek niezrównoważony psychicznie - zamierzam wsypać truciznę do Wisły tak, aby wytruć miasto stołeczne Warszawa. Byłem także zatrzymany m.in. pod zarzutem kradzieży powielacza, napadu na kiosk ruchu.

Naprawdę nie ma znaczenia pod jakim pretekstem władze nas zatrzymywały, bo  w wielu przypadkach pretekstów w ogóle nie było. Ot, po prostu przychodzili do domu, zabierali ze sobą. A dlaczego? No przecież ta osoba zatrzymywana dokładnie wiedziała dlaczego...

Zbigniew Romaszewski: Byłem aresztowany w końcu sierpnia 1982 roku. Przyczyną było uruchomienie przez nas niezależnego radia „Solidarność", które nadawało na terenie Warszawy audycje informacyjne. Nasz nadajnik pokrywał zasięgiem całą Warszawę, co było ogromnym ciosem dla komunistów. Chodziło o to, że Solidarność nie tylko nie zginęła, ale rozwija się i ma własne radio. Pierwsza audycja to był wielki hit - prosiliśmy słuchaczy, żeby zapalali i gasili światła jeśli nas słyszą. Wtedy okazało się, że cała Warszawa mruga światłami. To bardzo doskwierało władzy. W końcu zostałem 27-28 sierpnia aresztowany i miałem proces o radio Solidarność, w którym dostałem 4,5 roku więzienia. Dodatkowo miałem drugi proces o działalność w KSS KOR, który nie został zakończony. Siedziałem do sierpnia 1984 roku.

Henryk Wujec
: Tak na stałe od 13 grudnia 1981 roku do drugiej połowy sierpnia 1984 oraz od 31 maja do połowy września 1986 roku.. Poza tym wcześniej i później byłem kilkakrotnie zatrzymywany na 48 godzin oraz  na sankcje prokuratorskie które trwały tydzień lub dwa tygodnie i miały miejsce głównie w latach '70.

Te krótkie odsiadki związane były z moim uczestnictwem w ruchu KORowskim. Ponadto SB zatrzymywały wielu działaczy w związku z pierwszą wizytą papieża Jana Pawła II w 1979 roku aby zapobiec zbieraniu materiałów informacyjnych na temat tej wizyty.

W 1981 roku zostałem internowany jako działacz „Solidarności", dostałem sankcję prokuratorską i do 1984 roku siedziałem na Rakowieckiej razem z Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem, Zbyszkiem Romaszewskim. Przygotowywali nas wtedy do procesu przeciwko członkom KORu. Proces odbył się w 1984 roku ale - w związku z jego skandalicznym przygotowaniem - władza doszła do wniosku, że nie ma sensu go kontynuować i na mocy amnestii w 1984 roku opuściliśmy więzienie.

W 1986 roku zostałem zatrzymany jako aktywny działacz nielegalnej wówczas „Solidarności".

Potem były 48 godzinne zatrzymania i tak do 1989 roku po którym to wszystko się skończyło.

W Pana odczuciu za co tak naprawdę siedział Pan w więzieniu?

 

J.C.: Był to z punktu widzenia społecznego ciężki okres dla Polski, gdyż próba zachowania wierności własnym przekonaniom skutkowała represjami. My broniliśmy osób które szły do więzienia za odmowę złożenia przysięgi wojskowej. Tych, którzy nie chcieli przysięgać wierności sojuszowi z armią radziecką. Byli oni eliminowani z wojska i wsadzani do więzienia. Organizowaliśmy akcje w ich obronie i za to sami zostaliśmy skazani za próby obalenia systemu.

M.Ch.:
  Wydaje mi się, że dlatego, iż starałem się pracować i żyć jak wolny człowiek. Choć kraj wcale nie był wolny. W wydawnictwie,  którym kierowałem, wydawaliśmy mnóstwo książek. To były książki m.in. późniejszych laureatów Nagrody Nobla: Czesława Miłosza, Isaaca Singera,  tomy poetyckie Josepha Brodsky'ego, „Blaszany Bębenek". Wśród pisarzy polskich wydawaliśmy na przykład Konwickiego, Stryjkowskiego, Gombrowicza, Barańczaka.  Ale wszystko to były książki które nie zyskiwały aprobaty władz, bo państwo totalitarne chce kontrolować wszystko, począwszy od Towarzystwa Miłośników Kanarków. Jeśli coś temu państwu wymyka się z pod kontroli to ono (..) musi coś zrobić. Bo jeśli ono wszystkiego nie kontroluje, jeżeli nie ma wiedzy o wszystkim, co się dzieje - to państwo jest niesprawne, jego przywódcy czują, że tak naprawdę nie sprawują tej władzy. Wszyscy, którzy twierdzą, iż państwo totalitarne można naprawić, mylą się. Państwo totalitarne można tylko i wyłącznie przekształcić w państwo demokratyczne. Naprawy żadne się nie udają, bowiem państwo totalitarne bez policji, bez kontroli publikacji , bez kontroli listów nie jest państwem totalitarnym - staje się państwem demokratycznym.

Czy wiedział Pan, że świat interesował się Pana losem? Dostawał Pan jakieś listy?

 

J.C.: Tak, aczkolwiek nie wiedziałem o tym wtedy. W trakcie śledztwa korespondencja była ograniczana, dopiero na koniec odsiadki dostawałem po kilkanaście listów dziennie z całego świata z wyrazami solidarności. To było wielkie zaskoczenie. Później, przy wyjściu z więzienia, musiałem pokwitować odbiór dokumentów. Okazało się wtedy, że skonfiskowano dwieście ileś listów do mnie.  Tak więc listy były wysyłane, ale nie dochodziły do więźniów. Listy te dochodziły do władz, które wiedziały w ten sposób, że  ktoś się nami interesuje.

M.Ch
.: No niestety nie otrzymywałem żadnej poczty, (...) nawet kiedy byłem na wolności. A co dopiero siedząc w więzieniu.. Dopiero kiedy powstał Instytut Pamięci Narodowej i otrzymałem swoje teczki, dowiedziałem się, ile tej poczty było. 

Siedząc w więzieniu nie wiedziałem nic. Jak się siedzi w więzieniu to nawet gazety, które wrzucają pod cele, mają powycinane te teksty, które w jakiś sposób odnoszą się do więźnia. Tak przynajmniej było wówczas. Więc gdy protestowano, organizowano różne akcje - o czym prasa pisała -  ja dostawałem gazety z wyciętymi tekstami. To oznaczało, że coś się jednak dzieje, ale co to  było - nie wiedziałem. Myślę, że w moim konkretnym przypadku służby więzienne popełniły jeden ogromny błąd - w momencie gdy zaczynałem głodówkę protestacyjną, przypadł termin, w którym powinienem wysłać talon na paczkę do domu. Gdy moja żona zauważyła że nie przysłałem talonu, pobiegła natychmiast do aresztu pytając, co się dzieje, dlaczego talonu nie dostała. A tam ktoś zdenerwowany powiedział jej, że nie dostała talonu, bo mąż prowadzi głodówkę! Natychmiast, rzecz jasna, rozgłosiła wszem i wobec, że ja tam w kryminale głodówkę prowadzę i  zaczęło się dziać na świecie. Ja oczywiście o tym nic nie wiedziałem. Dopiero kiedy wyszedłem z więzienia opowiadano mi, co było przedsiębrane w mojej obronie. Różne listy słane do mnie, jak i odpisy listów do władz, praktycznie z całego świata. Z Amnesty International, z Międzynarodowego Pen Clubu, z różnych organizacji skupiających wydawców, pisarzy; od bardzo znakomitych osób, jak wybitny filozof Jean Paul Sartre, jak Ives Montand czy Simone Signoret - takie indywidualne działania docierały do władz. O tym wówczas nie wiedziałem.

Z.R.:
Tak. Z tym, że korespondencja dotarła do mnie mniej więcej po 9 miesiącach od umieszczenia w więzieniu. Wcześniej miałem wstrzymaną całą korespondencję - nic do mnie nie dochodziło i nic nie wychodziło. Po wydaniu wyroku w procesie radia „Solidarność" zacząłem dostawać listy, paczki i przesyłki od bardzo różnych osób - nie pamiętam, czy to była grupa Amnesty International, czy jakaś grupa związkowa, ale na pewno była grupa z Lionu, która przesyłała mi paczki. Wtedy, pierwszy raz w więzieniu na Mokotowie, jadłem francuskie sery. Ponieważ było chłodno działacz  Amnesty International z Wysp Faroerskich - nazywał się Halgird - przesłał mi wspaniały sweter, który zresztą mam do dzisiaj. O tym, że byłem uznany przez Amnesty International za więźnia sumienia dowiedziałem się mniej więcej w 1984 roku. Wtedy moja żona wyszła z więzienia i ona o to dbała, wokół tego chodziła. Moja Żona również była uznana za więźnia sumienia.

H.W.:
Uważam, że zainteresowanie opinii publicznej dla działalności opozycyjnej jest zasadnicze i mieliśmy sygnały o nim już w latach '70. Dziennikarze na Zachodzie pisali o sytuacji w Polsce, o pobiciach, prześladowaniach ze strony władz. Bez tego zainteresowania mogliby nas wsadzić do więzienia już w latach '70. Ponadto Amnesty International wysyłała listy w naszej obronie do władz PRLowskich w momencie, gdy otrzymaliśmy sankcje prokuratorskie. O tym, że byłem więźniem sumienia dowiedziałem się na początku lat '80 podczas odsiadki na Rakowieckiej. Jednak w jaki sposób się nim stałem - nie wiem.

Gdy w stanie wojennym siedzieliśmy już jako działacze „Solidarności", zainteresowanie naszym losem nabrało jeszcze większego rozmiaru. W naszej obronie występowały wówczas różnego rodzaju organizacje z państw demokratycznych, m.in. związki zawodowe we Francji i Szwecji. Ja, jako fizyk, dostawałem listy od czołowych światowych fizyków, którzy pisali do władz w mojej sprawie. Co prawda, były one cenzurowane, ale dla mnie było ważne, że taki list przychodził do więzienia. Inna fajna rzecz to akcja polegająca na tym, że adresy osób, które siedziały, zostały przekazane na zachód do różnych rodzin. Tym sposobem taka rodzina opiekowała się rodziną osoby, która siedziała w polskim więzieniu. Na mój adres  przychodziły paczki żywnościowe od jednej z niemieckich rodzin, która w ten sposób wyrażała swoje poparcie dla moich działań. Ponadto były manifestacje pod ambasadami.

 

Ciąg dalszy TUTAJ

wtorek, 05 grudnia 2006, maraton-amnesty

Polecane wpisy

  • stare numery - polskie "Biuletyny AI" z lat 80.

    Choć Amnesty International oficjalnie działa w Polsce od roku 1990, już wcześniej Ruch Wolność i Pokój tłumaczył „Biuletyn Amnesty International". Ch

  • 1989

    RAPORT ZA OKRES: STYCZEŃ-GRUDZIEŃ 1989 R.   POLSKA Jednego więźnia sumienia skazano na karę więzienia w zawieszeniu za unikanie służby wojskowej. W pierwsz

  • 1988

    RAPORT ZA OKRES: STYCZEŃ-GRUDZIEŃ 1988 R.   POLSKA Wielu krytyków i przeciwników rządu było poddanych aresztowaniu, krótkoterminowemu przetrzymywaniu lub i

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: